Na kalendarzu – pierwszy września!
Znacie tę chwilę, gdy myślicie, że coś na co się zamierzacie to drobnostka, a okazuje się, że jednak raczej ciężkostka? Jak wtedy, gdy wybieracie jakiś przepis z dajmy na to „Bobas lubi wybór” (to teraz moje klimaty) i już pięć godzin później znowu podajecie słoiczek. To tak było z zerówką, tylko bardziej.
W pewien piękny lipcowy dzień siedzieliśmy – ja (Karolina), Lidka i nasi życiowi partnerzy (i PF, ale on pełzał) w dopiero co wynajętym lokalu „w świetnym stanie”, który tylko „trzeba troszkę przystosować”. Spotkanie miało na celu ustalenie umeblowania i jakiegoś planu działania, ale nieprzesadnie spiesznego, bo to września pozostawało mnóstwo czasu. Rozważaliśmy co zrobić z gipsowymi łukami i intensywnie niebieskimi kafelkami, które zostały po poprzednich właścicielach. Oglądaliśmy jakie to drobniutkie przeróbki trzeba zrobić. I wtedy padły sło
