Środek lipca to moment, w którym można pozwolić sobie na dłuższą chwilę refleksji nad minionym rokiem przedszkolnym. Jeszcze nie sierpień, gdy  przyjdzie nam stawiać czoła wyzwaniom stawianym ze strony odpadającej (jeszcze wciąż nie) farby ze ścian, których nie chciało nam się rok temu drapać, składaniu nowych mebli, ustawianiu pomocy, pisaniu planów pracy i tworzeniu tabelek obserwacji. Całościowa refleksja jest tyleż niemożliwa na przedszkolnym blogu, co i pewnie (w ostatecznym rozrachunku) dość nudna dla potencjalnego czytelnika.

Środek lipca to także czas zbliżających się adaptacji przedszkolnych, czasu mogącego być bardzo budującym doświadczeniem. I choć żadna ze mnie specjalistka w tej dziedzinie, raczej początkująca entuzjastka, blog ten wydaje się być miejscem odpowiednim do podzielenia się naszymi doświadczeniami tego roku. Pewnie za kilka lat będę ocierała łzy śmiechu, gdy po setnym dziecku rozpoczynającym przygodę w naszym przedszkolu poznam te cudowne słowa potrafiące tak ukoić dziecięcy żal, że ani jedna łza za mamą nie popłynie we wrześniu, dajmy na to, 2030 roku. Tymczasem mamy 2018 i sporo łez wsiąknęło w nasze rękawy, łez bynajmniej nie śmiesznych.  Chociaż czasem trzeba się ratować – mamy nieoficjalny hymn tęskniących „Kiedy przyjdzie moja mama” (tekst i słowa Paulina Kokoszka).

W teorii wszystko wyglądało doskonale. Wyznajemy nauczycielstwo bliskości, „Akcję adaptację” Agnieszki Stein czytywałam pasjami, podobnie jak artykuły z „Bliżej przedszkola” – bardziej dla nauczycieli, wpisy na blogach i porady wszelakie. Obiecałam sobie, że nigdy nie wezmę płaczącego dziecka z rąk rodziców, bo dojdziemy przecież do momentu, gdy uśmiechnięte wbiegnie za próg klasy, mówiąc „Pani Karolinko, jak cudownie być dzisiaj w przedszkolu”.  A taka przemoc symboliczna i praktyczna?! W życiu. Wyobra